W ciszę
Sosny
matrony patrzą karcąco na odrastający las. Z góry ponoć widać lepiej czy
igiełki odstają na lewo, a liście na prawo. Przerzedza się, odsłania łyse placki
polan, wdeptane w ziemię maki i chabry, co rusz przydrożna kapliczka przypomina
o zdrowaś Mario. Gładki asfalt ustępuje miejsca połatanej tkaninie drogi a im
dalej w ciszę, tym dojazd miękki, sypki. Myśl - ziarenko piasku, wysuszona
skorupa niewidocznego mięczaka, zadomowiła się w głowie. Za lewym uchem, po cichu i bez pytania. Uznałam, że nie ma się gdzie
podziać, pozwoliłam przezimować. Przyszła wiosna, a myśl rosła z każdym
podmuchem ciepłego wiatru. Wypchnęła mnie z gniazda.
Między
trzecią a czwartą śnię o utraconych, o pustych dolinach połykających łapczywie
mgłę. Bose stopy opływa chłodny potok, porywa mnie nurt, spływam w szczelinę
pomiędzy płytkim a głębokim, dobijam do brzegu. Budzę się, choć wciąż jestem. Na
polanie, w dolinie, nad potokiem. Mglę się. Ziarenko stoczyło się do buta, napomina,
nagli. Im dalej, tym… nie wstaję, płynę, woda zaniesie mnie na próg domu, który
woła moje imię.
Uciekając
zostawiasz wszystko, co łączyło cię z poprzednim światem. Palisz most w nadziei, że nikt go nie odbuduje. Zgliszcza ostygną, resztki rozwieje wiatr,
ludzie zapomną. W dolinach schronienia szukają żmijobójcy i samotne wilki,
okopani w sobie, zakopani w ziemi, cykady upalnych nocy. Zrzucam pancerzyk i lecę na wschód, gdzie rodzi
się blade słońce. Dom czeka i nawołuje po imieniu, którego nikomu nie
zdradziłam. Odeszłam zanim zdążyli zapytać. W siedmiu potokach utopiłam
Jefemiję, w Zdyni wciąż czeka Jefrosyna, a Jewdokija splata wieńce w Kwiatoniu. Fenna z Ropy, Łesia z Ropicy i Luba z
Ropek, królowe polskie, królowe górne, panują w dolinach i na polanach, nad
makiem, chabrem i mokrą ziemią zbierającą ślady niedźwiedzia-anachorety mijającego granice
światów. Bocian kołuje, wiruje, zmienia prąd powietrza, połyka w locie zaskrońca
z ropuchą w brzuchu.
Oddaliłam
się od watahy, zrzuciłam sierść, zmieniłam umaszczenie. Nie zostawiam tropów
ani zapachu, nie odpowiadam na wołanie. Cieniem kładę się na dolinie, ciszą
zasłaniam oczy, pustką buduję schronienie. Warwara wabi mnie babi mąką, otula mnie
babie lato. Przytulia w rękach Tekli wygląda dostojnie, jak z dworskiego
zieleńca. Ulana podsuwa mi napar z czarnego bzu. Ciemnieje, jeśli nie odnajdę
domu przed wschodem księżyca utonę w wilgoci łąki. Oddam się na pożarcie nocy,
a żadna nie poda mi dłoni. Odejdą we mgle, zasiedlą puste doliny, zaśpiewają
smutną pieśń i zapomną o mnie. I ja zapomnę o sobie.
Sosny
matrony śpią w gąszczu młodych drzew, kryją w gęstej zieleni, powoli otula je
mech. Przydrożna Matka Boska z czułością wpatruje się w suchą ziemię, po obu
stronach kamienne krzyże bronią dostępu. Baldachim zasłania przebarwienia, zgrubienia,
złuszczenia. Błękit łączy się z niebem, a ja z ziemią. Nie mogę powstać,
zapadam się w piasek, chowam głowę przed świtem. Odmawia za mnie zdrowaś Mario,
w ustach mi zaschło. Im dalej w ciszę…
Komentarze
Prześlij komentarz